2013/08/18

It's better than I ever even knew...


To jest mój 201 post. Przypomniało mi się też, że jakoś z rok temu założyłam tego bloga. W lipcu bodajże. Nie jestem zwolenniczką obchodzenia blogowych urodzin, podsumowań i pisania dziękczynnych notek typu "to mój 200 post dziękuję, że ze mną jesteście - a teraz pokażę na zdjęciach i w poście co się zmieniło". Mimo wszystko, dziękuję, że chcecie oglądać, to co tworzę. W ogromnej mierze tworzę dla siebie, ale nie będę ukrywać, że sprawia mi to radość, że moje wypociny nie giną w eterze, a ja jak na 200 postów uzbierałam naprawdę liczne grono odbiorców, stałych obserwatorów i fanów na FB. Dzięki temu mogę się rozwijać, ponieważ popularność mojego bloga przekłada się na współprace, a współprace na większe możliwości, lepszą jakość "tworzywa" na którym działam oraz motywację do działania. 

Właśnie działanie... Jestem w szoku, że rozpoczęłam coś rok temu i wciąż w tym trwam i nie mam zamiaru przestać, a wręcz nie wyobrażam sobie życia bez tego! Od kiedy pamiętam trudno było mnie zainteresować czymś na dłużej i zaszczepić we mnie pasję. Moją jedyną, wieczną miłością są książki, ale trudno nazwać zamiłowanie do literatury jakimś wielce odkrywczym hobby. Rozwojowe owszem jest, bo podejrzewam, że to dzięki książkom mam tak wybujałą wyobraźnię i artystyczną duszę, ale jednak jest to hobby dość pasywne. Bierzesz książkę i czytasz. Nie dajesz nic od siebie. 
Moi rodzice od moich najmłodszych lat starali się zainteresować mnie czymś w co włożę trochę pracy i swojej inwencji. Niestety ze skutkiem opłakanym. Najpierw był tenis stołowy. Dostałam ortalionowy, najmodniejszy wtedy dres (na pewno je pamiętacie - wszyscy je mieli), białe adidasy, rakietkę, piłeczki i zapisano mnie na treningi. Pochodziłam dwa tygodnie, po czym dostałam anginy, a po anginie stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie i że nie chcę chodzić na tenisa. Ale dres pozostał - a właściwie o niego wszystko się rozchodziło ;)
Następnie były tańce ludowe. Oczywiście dostałam strój (na szczęście tylko wypożyczony, więc można było oddać) i zostałam wysłana na zajęcia. Na nieszczęście moje i rodziców zajęcia były prowadzone przez panią, której szczerze nie znosiłam (miała zaburzenia emocjonalne i stosowała przemoc wobec dzieci - oczywiście dostałam jej magiczną linijką po łapach, bo jakże by inaczej, ale na szczęście uczyła mnie tylko rok), która przez bite 3 godziny przeprowadzała na biednych, chuderlawych dzieciach prawdziwy obóz przetrwania. Po powrocie do domu powiedziałam rodzicom, że już nigdy tam nie wrócę. Ale jedno pani przyznać trzeba - tak mnie w te 3 godziny oberka nauczyła, że do dziś umiem zatańczyć!
Następne było harcerstwo. Owszem wciągnęło mnie, ale nie ze względu na "Boga, Honor i Ojczyznę", lecz dlatego, że często organizowane były zloty i można było się wyrwać na noc z domu (okres dojrzewania, te sprawy... głupim się było i młodym - nie ukrywam). Aczkolwiek przez pierwsze 2 lata faktycznie podobała mi się idea harcerstwa - jeszcze wtedy ciągnęło mnie do dobrego, dopiero potem wygrała moja prawdziwa natura. 
Co do innych twórczych czynności, to rysować nie umiem, na angielski chodziłam, ale szczerze go nienawidziłam (jednak dziękuję rodzicom, że mnie zmuszali, bo teraz znam bardzo dobrze język), kosmonautą mimo szczerych chęci zostać nie mogłam, a napisanie książki, o czym marzę od zawsze, okazało się ponad moje nerwy. Nie znoszę długotrwałych działań - wszystko muszę mieć na już, teraz, natychmiast.
Więcej prób znalezienia mi twórczego hobby nie było. Jak widać byłam oporna. Wysiłek fizyczny, wyższy cel to nie dla mnie. Od zawsze wolałam uwalić się w domu i czytać książki. W latach późniejszych wolałam szaleć po wiejskich dyskotekach i robić z siebie idiotę ( chwała sile wyższej lub czemukolwiek - wyrosłam z tego!) ale nigdy nie znalazłam prawdziwej pasji, która ulepszyłaby moje jestestwo i tym samym dała mi szansę na rozwój i wyrażenie siebie. 
Aż do czasów bloga! Piszę to wszystko, żeby pokazać Wam jak wyjątkowy musi on dla mnie być i jaką frajdę sprawiać, że już tyle czasu wytrwałam w swoim postanowieniu "będę blogerką". Ponad rok temu ubzdurałam sobie, że może to rzeczywiście będzie moja droga i jak się okazało naprawdę ją odkryłam! Przekonałam się, że życie z pasją mniej pasywną od czytania książek naprawdę staje się bardziej wartościowe. Blog dał mi tak wiele, że nawet nie umiem tego opisać (a słów w mowie i piśmie brakuje mi niezmiernie rzadko).
Aż puchnę więc z dumy, że dałam radę stworzyć 200 postów, bloga, który jest w 100% mój i do tego zebrać tak liczną rzeszę ludzi, których obchodzi moja twórczość. Nieskromnie powiem: wielkie WOW dla mnie. Naprawdę - osiągnęłam coś wspaniałego i nie zamierzam tego porzucić przez co najmniej następne 2 000 postów!
Bójcie się więc ;)

Bluzka - H&M
Kostium - Triumph
Spódnica - www.jazzmin.pl
Sandały - no name

Zdjęcia: Arkadiusz Mejka
Obróbka - ja