2013/12/15

Life imitates art.


Media, kolorowe magazyny, internet - ciągle zasypują nas albo samymi tragediami, albo wyidealizowanymi wizerunkami gwiazdek. Nie ma nic pomiędzy. I to i to wprawia nas w niezadowolenie, kompleksy, irytację na otaczający nas świat.
Oczywiście nie wszystkich - niektórzy mają dystans i nie dopuszczają do siebie idealnych obrazków, które pokazują nam jak powinniśmy wyglądać, żyć, co posiadać. Mają to głęboko gdzieś, bo przeżywają życie duchowo.
Ja jednak nie należę do zdystansowanych. Wychowałam się w czasach, gdy media dopiero zaczynały zasypywać nas pięknem, seksualnością, poradami "jak żyć". Początek był naprawdę ostry - w czasach zdobywania przeze mnie dojrzałości byłam ze wszech stron obsypywana roznegliżowaną, idealną Britney Spears, jeszcze bardziej roznegliżowaną Aguilerą, kontrowersyjną Madonną, której widok wprawiał w osłupienie, półnagimi i niezwykle seksownymi Pussycat Dolls i innymi równie boskimi ikonami popkultury lat 90 ubiegłego wieku i początku drugiego tysiąclecia.
Im dalej w las, tym było gorzej. Z roku na rok gwiazdki były coraz piękniejsze, bogatsze i lansowane jako wzór do naśladowania. A ja oczywiście chłonęłam ten wizerunek jak gąbka i chciałam być taka jak one (zawsze byłam podatna na złe wpływy; usilne starania rodziców, żeby wpoić mi dobre wartości i odciągnąć od tego całego bullshitu naprawdę niewiele dawały - zło i zepsucie przyciągało mnie jak magnes; właściwie do tej pory przyciąga...).
No i teraz są efekty oglądania MTV, youtube itp. - siedzę i narzekam, że wyglądam nie tak. A to włosy nie takie (ciągle uważałam, że mogę wyglądać lepiej, więc kombinowałam na wszystkie sposoby - i tak skończyłam pół łysa z debilnym garnkiem a'la Zagłoba na głowie), a to jestem za gruba (przytyłam 4 kilo i przeżyć nie mogę - mimo, że przed przytyciem miałam niedowagę), a to nie mam takich ubrań, jakie są "hot", a to nie mam figury seks bomby i pociągającej eteryczności Lany Del Rey.
Oczywiście moje niezadowolenie i zajmowanie się tylko i wyłącznie swoim wyglądem nie trwa cały czas, ale od jakiś 3 dni mam właśnie stan niezadowolenia ze swojej powierzchowności (co też przekłada się na niezadowolenie z wnętrza - no bo jakim jestem człowiekiem, że przeżywam, że nie wyglądam jak jakaś gwiazdka Hollywoodu?!?!). 
Media nauczyły nas, że najważniejszy jest wygląd i ilość i jakość posiadanych przez nas dóbr materialnych. To jest straszne - zabijamy się, żeby mieć kasę na dobry wygląd i najnowsze gadżety. A po co? Przecież i tak zostaną z nas tylko zgniłe kości.... 


Zdjęcia - Arkadiusz Mejka