2014/02/15

Speed it up for me.... || Oversize, cocaine&caviar snapback, camo, overknee boots

Mam ochotę robić milion rzeczy,
a przez chorobę nie mam siły. Psychicznie energia aż mnie rozpiera, fizycznie nie mogę zrobić sobie herbaty. Zawzięcie modlę się, żeby do poniedziałku mi minęło - mam dość siedzenia w domu na zwolnieniu lekarskim (kto by pomyślał, że zatęsknię za pracą - jednak jestem dziwnym człowiekiem).

Stwierdziłam, że praca, czy pasja uszlachetnia. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez czegoś, co nadaje mu biegu, sensu. Nie rozumiem ludzi, którzy spędzają całe życie według schematu praca, dom, filmy, znajomi - praca, dom, filmy, znajomi. Właściwie wykreślmy pracę z tej listy. Bo to dość częste zjawisko, że dwudziestokilkuletni ludzie żyją na utrzymaniu rodziców bez pracy, bez pasji, z dnia na dzień, zabijając bezsensownie czas. Czasem z ich winy, często z braku perspektyw.
Tydzień spędziłam w takim letargu. Z przymusu, bo nie miałam siły na nic. Oglądałam filmy, zryłam sobie umysł "American Horror Story" (stwierdziłam, że jest przereklamowane, ciągnęło się za bardzo, nudziło, nie było efektu wow; ale obejrzę kolejny sezon z ciekawości), ogólnie zabijałam bezproduktywnie czas, bo nie miałam energii na jakąkolwiek produktywność. Wyniszczyło mnie to. Mam przeogromną potrzebę tworzenia. Chcę robić zdjęcia, posty, wyjść z domu, spotkać się ze znajomymi, którzy zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia, przekazania. Przeczytać dobrą książkę ze zrozumieniem (niestety choroba nie pozwala czytać). Nawet do pracy chcę iść, żeby dzień mi się ułożył, czas lepiej zagospodarował. Paradoksalnie, gdy pracuję mam tego czasu więcej. Bardziej go doceniam, nie marnuję na głupoty typu oglądanie youtube przez kilka godzin (tak i to mi się zdarzało).
Oczywiście czasem potrzeba 24 godzin totalnego odmóżdżenia, nie zajmowania się niczym istotnym. Ale 7 dni to za długo...

__________________________________________________________________________

Miałam taki okres w życiu, że nienawidziłam ubrań, które nie były obcisłe. Chodziłam w samych przylegających rzeczach - ogólnie byłam bezguściem - które podkreślały moje kształty (serio? Jakie kształty?!). Jak sobie to przypomnę, to krew mnie zalewa. W liceum wyglądałam jak "wieś śpiewa, wieś tańczy". Dosłownie. Wyobraźcie sobie taki schemat - legginsy w panterkę, obcisła czarna sweterko-tunika z wielkim dekoltem w serek, botki zupełnie nie pasujące do całości, wielkie kolczyki również nie pasujące do reszty i długie włosy z grzywką. Tak to byłam ja. Woła o pomstę do nieba, prawda? 
Na szczęście wyrosłam z tego. A może "moda" się zmieniła? Albo raczej ja odkryłam jej dobra stronę? I co ciekawsze - pokochałam oversize. Wielkie, luźne sukienki, bluzy, kardigany i płaszcze - nie ma nic lepszego. I ten zestaw to przedstawia.
Boska sukienka od I want april jest perfekcyjnie oversizowa. Uwielbiam ją zwłaszcza za golf, który idealnie się układa i za to, że można ją modelować. Wywijamy golf, odwijamy, opuszczamy. Zakładamy pasek, wybieramy opcję bez paska, wydłużamy, podwijamy na biodrach, by była krótsza. Cudo po prostu. Noszę ją naprawdę często. Zwłaszcza w takiej opcji jak poniżej. Trochę elegancko, trochę sportowo, bardzo zadziornie i na pewno wygodnie. Zestaw pasujący do mnie w 100%. No i ta czapka!

Sweter - no name
Czapka - Crooks & Castles
Buty - www.buu.pl
Torebka - www.verostilo.com
Paznokcie - www.lapremiere.pl

Zdjęcia - Arkadiusz Mejka