2015/01/13

FEVER IN THE MORNING... || BIAŁY PŁASZCZ, MONOCHROMATYCZNA STYLIZACJA




Nienawidzę mojego braku cierpliwości. I mojej zmienności. Otóż ubzdurałam sobie wczoraj, że znowu chcę mieć blond włosy. I od momentu ubzdurania sobie tego opętała mnie mania. Dosłownie.
Zadzwoniłam umówić się do fryzjera - wizytę mam dopiero w sobotę. Drugi dzień oglądania inspiracji na tumblr. Pięć dni rozmyślania czy wyjdzie i niecierpliwego oczekiwania. Sama fryzjerka nie jest pewna, czy wyjdzie, mimo, że w momencie, gdy zmieniałam kolor włosów, pytałam, czy będę mogła wrócić do blondu. Mówiła, że tak. Podejrzewam, że popalę włosy (10 cm włosów - kto by się przejmował?), ale raczej wyjdzie. Już raz mnie ratowała z brązu, ja sama przemalowywałam z czarnego, więc wiem, że moje włosy są wytrzymałe - dziwię im się, na ich miejscu już dawno opuściłabym moją głowę.

O tym, że wrócę do blondu wiedziałam w momencie farbowania na czarny. Tylko sądziłam, że potrwa to dłużej niż 2 miesiące! Plan był taki, żeby zapuścić włosy troszkę przed ramiona i wtedy rozjaśnić. Nie wytrzymałam. Wolę być krótkowłosą blondynką,  niż brunetką z bobem. Oczywiście, gdy mam już blond na głowie, to przeklinam go na czym świat stoi. Bo a) żółknie b) włosy muszą być codziennie odżywiane c) jak nie są ułożone to wyglądają jak siano d) co 4 tygodnie obowiązkowa wizyta u fryzjera - 4 godziny z życia wyjęte. Ale trudno. Całe życie marzyłam o blondzie i w nim najlepiej się czuję. Co mnie popchnęło do zmiany na czerń? Zapewne zły humor i zdjęcia Rihanny. Bo w moim mózgu - który gdy w grę wchodzi mój wygląd, staje się ptasim móżdżkiem -  zapewne miałam wyglądać jak ona. Jasne... Może kiedyś zrozumiem, że nie mam urody ponętnej łamaczki serc i czerń tego nie zmieni? Blond też nie, ale on chociaż dobrze kontrastuje z  moimi surowymi rysami twarzy.
Zawsze, gdy znowu coś zmieniam w sobie, zastanawiam się, czy osiągnę kiedykolwiek stan zadowolenia z mojej prezencji trwającego dłużej niż kilka miesięcy. Przez ten mój brak zdecydowania i dążenie do bliżej nieokreślonej perfekcji mam wieczny bałagan. W życiu, w szafie, wszędzie. Jednego dnia chcę być minimalistką, drugiego wyglądać jak naturalniej się da, trzeciego blondynką z pełnymi ustami i ciałem bogini, czwartego niegrzeczną dziewczynką, piątego wszystkim naraz i tak w kółko.
Czemu nie mogę po prostu być sobą? Bo jest we mnie odrobina każdej z powyższych. Wszystko zależy od tego, która cecha jest w danym okresie dominującą. Teraz ster przejęła niegrzeczna blondynka. Tą wersję mnie lubię najbardziej i może w końcu przekonam się, że warto pozwolić jej zostać na stałe. Bo to ona jest w 90% mną. Reszta to cechy poboczne, powstałe przez wpływ środowiska, niepewność siebie, poszukiwanie ideału. Ale ideałów nie ma.
Podczas Świąt ktoś mi powiedział, że żeby osiągnąć szczęście i samozadowolenie nie trzeba dążyć do wyimaginowanego lub narzuconego ideały, a do tego, by "być najlepszą wersją siebie". Mądre słowa. I w tym roku właśnie mam zamiar zostać najlepszą wersją mnie. Zacznę od powrotu do blondu, bo nad innymi rzeczami będę musiała dużo ciężej popracować. Może następnym krokiem powinno być okiełznanie niecierpliwości przejmującej nade mną kontrolę?

________________________________________________________________________________

Och, uwielbiam ten płaszcz! W moim ulubionym białym kolorze, ciepły jak piecyk, milutki jak baranek i mega stylowy. Robi cały look. 
Właściwie uwielbiam każdą rzecz z tej stylizacji. Wszystkie są na mojej liście top. Po pierwsze - moje dwa najlepsze kolory - czerń i biel. Po drugie moje najkochańsze domu mody - Moschino i Karl Lagerfeld. Po trzecie - ponadczasowość i niegrzeczna elegancja. Ten look to kwintesencja mojego stylu, tego w czym czuję się najlepiej.

Płaszcz - www.mosquito.pl
Nerka - Karl Lagerfeld
Szal - w tej roli ponczo Moschino
Koszula - Blue Eye Pop
Spodenki - nn
Buty - nn
Okulary - Moschino
Rękawiczki - Moschino

Zdjęcia - AMeyka