2015/02/18

"MARA DYER PRZEMIANA" - KONKURS "PRZEMIANA TWOJA HISTORIA II ETAP: GŁOSOWANIE


WYNIKI KONKURSU!

Rywalizacja była ostra, głosów dużo, przewaga niewielka. 
Po usunięciu głosów nieważnych - czyli Anonimowych i bez konta Google oraz powtarzających się, zwycięska piątka przedstawia się następująco:

1 miejsce i nagroda główna leci do:  juzekguzek@yahoo.com
2. katarzyna_gnacikowska@o2.pl
3 brakloginu01@gmail.com

4. dzonazdz@yahoo.com
5. kajkamik007@gmail.com


Gratuluję i dziękuję wszystkim za udział! Zwycięzców proszę o wiadomość mailową na adres confassion@gmail.com

Wiadomość musi być wysłana z powyższych maili, które zgłaszane były wraz z historią.
_________________________________________________________________________________



Przedstawiam Wam 10 finałowych historii o przemianie. Gratuluję 10tce, a wszystkim dziękuję za udział :) Ciesze się, że CONFASSION jest odwiedzane przez tak twórcze osoby!

Dziś rusza głosowanie, które kończy się 23 lutego o godzinie 23:59

1. Głosowanie odbywa się poprzez zostawienie w komentarzu numeru opowiadania, na które chce się oddać głos. Głosować mogą tylko osoby posiadające konta Google, głosy oddane z innych kont niż Google nie będą brane pod uwagę.
2. Wygrywa historia z największą ilością głosów
3. Wyniki zostaną ogłoszone 24 lutego w TYM poście konkursowym

Powodzenia!



1. 
dzonazdz@yahoo.com



- Aaaaaaaaaaa – krzyczę, kiedy zalewa mnie tona zimnej wody – daj mi spokój, idź sobie.

- Wstawaj – dobiega mnie głos znad mojej głowy – wstawaj natychmiast.
- Zostaw mnie, chcę tu zostać, nigdzie z Tobą nie idę!!! – próbuję się bronić.
Czuję jak czyjeś ramiona unoszą mnie w powietrze. Staram się wyswobodzić, ale to na nic. Przegrywam walkę i za chwilę ląduję po czubek głowy w lodowatej wodzie. 
- Nienawidzę Cię – próbuję nadać mojemu tonowi poważne brzmienie, ale nie wytrzymuję i wybucham niepowstrzymanym śmiechem. Zaczynam uderzać rękoma z całych sił w tafle wody, obserwując jak Noah mruży oczy przed moimi atakami – okropnie Cię nienawidzę – dodaję już trochę słabiej.
Zbliża się do mnie i ponownie bierze w ramiona. Piszczę próbując opanować kolejną falę wesołości. 
- Na co masz ochotę? Co zrobimy z resztą dnia? – pyta Noah, przytulając mnie do siebie.
- Nic nie będę z Tobą robić, nie odzywam się do Ciebie – odpowiadam, przybrawszy najbardziej nadąsaną minę, na jaką mnie stać.
- Jesteś obrażona? – przygląda mi się z przechyloną głową.
- Tak!
- O co? – pyta i znienacka całuje mnie w usta
- Nie pamiętam – krzyczę i oboje parskamy śmiechem.
- Jesteś obrażona. Nie pamiętasz o co i dlatego zamierzasz ze mną nie rozmawiać już po wsze czasy? – ton Noah robi się coraz bardziej zaczepny.
- Dokładnie tak.
- A więc dobrze, pani Sfochana. Woooojnaaa! – krzyczy Noah, a ja znowu na całym ciele czuję zimne sopelki otaczającej mnie wody.
- Osz Ty, teraz to już naprawdę wojna!
Rzucam się za nim w pościg, a za chwilę oboje tarzamy się w piasku jak dwójka beztroskich nastolatków, którymi nigdy nie byliśmy. 
- Kocham Cię bardzo – mówię – i dziękuję za to, że tu jesteśmy. 
Czuję się szczęśliwa, chociaż gdzieś w głębi mnie mieszka paraliżująca myśl, która nie pozwala mi zapomnieć o tym kim jestem i skąd pochodzę. Zdaję sobie sprawę, że miejsce w jakim się znajduję i to, co teraz przeżywam, zawdzięczam tylko i wyłącznie Noah i jego decyzji, na którą się odważył ze względu mnie. Gdyby nie mały impuls napędzający go do zmiany i odważny wybór przez niego podjęty, to na zawsze tkwilibyśmy w tych samych czterech ścianach. Ja już uwierzyłam, że moje życie musi tak wyglądać. Pogodziłam się z myślą, że muszę być nieszczęśliwa. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że za pięć lat będę potrafiła śmiać się tak lekko i czerpać radość z każdej chwili jak choćby z tego sierpniowego poranka, to wysłałabym go na wizytę do psychiatry i kazała zniknąć mi z oczu. A okazało się, że potrafię i że nikt mi tego nie broni. Szczęście nie jest zarezerwowane tylko dla niektórych. O szczęście trzeba walczyć. Trzeba wierzyć, że należy się ono także nam, gdzie byśmy się nie urodzili. Wiele lat spędziłam użalając się nad sobą, nad swoim marnym losem. I to prawda, mój los był ciężki. Tylko teraz, gdy poznaję coraz więcej nowych ludzi wraz z ich historiami stwierdzam, że ten banał, który mówi „życie jest ciężkie” to najmądrzejsza sentencja, jaką ktokolwiek wymyślił. Ono naprawdę jest ciężkie i już. Trzeba się z tym pogodzić i robić to, co jesteśmy w stanie, aby zmienić nasz los. Ja miałam to szczęście, że ktoś inny wziął mój los w swoje ręce, ale cała ta historia mnie nauczyła czegoś na zawsze – nigdy więcej nie pozwolę, aby życie postawiło mnie w roli ofiary. Sama kreuję swoją rolę. W końcu to moje życie.



2
martakiepura83@gmail.com

W pokoju nagle zapada cisza i wszystkie spojrzenia kierują się na mnie. Z każdej strony otaczają mnie pary życzliwych oczu, wyczekujące na mój ruch.

– Mamo, pomyśl życzenie zanim zdmuchniesz.

– Pamiętaj, nie mów na głos, bo się nie spełni.
Patrzę na twarze bliskich mi osób. Najbliższych. Jesteśmy dzisiaj w komplecie. Wszyscy spoglądają na mnie wyczekująco, a ja mam w głowie pustkę.
Kiedy byłam młoda zawsze snułam marzenia o swoim przyszłym domu, którego nie było mi dane w dzieciństwie zakosztować. Wierzyłam, że uda mi się przełamać schemat i stworzyć coś prawdziwego. Mój wymarzony dom był głośny i pełen śmiechu. Mój wymarzony dom tętnił życiem. Chciałam, aby opowiadał wiele historii i spajał losy wielu ludzi.
Gdy dorosłam, stworzyłam dom. Szczęśliwy. W najdrobniejszym szczególe przypomina ten, którego tak bardzo pragnęłam.
Noah dotyka mojej ręki, jakby wiedział o czym myślę. Ten gest wyraża wszystko. Dumę z tego, co zdołaliśmy osiągnąć i pewność jutra.
Próbuję złapać spojrzenie każdego z osobna.
Caroline – moja jedyna córeczka. Najmłodsza, a już taka dorosła i dojrzała.
Thomas i Henry – tak niesamowicie różni, że aż trudno uwierzyć w ich pokrewieństwo. Dwie piękne kobiety u ich boków. Julie łagodnie dotyka swojego lekko zaokrąglonego brzucha. Sara mruga do mnie porozumiewawczo.
Kocham ich wszystkich. Jak artysta, który stworzył dzieło idealne i wie, że nie wymaga ono żadnych poprawek. Nie chcę nic zmieniać. Wszystko, co wydarzyło się w moim życiu doprowadziło mnie do tego miejsca. Nie żałuję żadnej decyzji, nie żałuję nawet żadnej chwili cierpienia, jakiego musiałam doświadczyć by tu trafić. 
Łapię spojrzenie Noah i wiem, że myśli o tym samym. Jak długą przeszliśmy drogę do tego, by znaleźć się w tym miejscu, jak wiele nas to kosztowało i jak bardzo było warto pokonać każdy krok tej drogi. Jak w bajce – od Kopciuszka do księżniczki; od Brzydkiego Kaczątka do pięknego łabędzia; od Mary – niekochanej sieroty, do spełnionej czterdziestolatki, która ma tak wiele osób wokół siebie. Noah podnosi kieliszek i ruchem głowy zachęca mnie do podjęcia działania.



Niech zawsze już będzie tak jak jest – myślę i naprawdę z całych sił tego pragnę. Biorę głęboki wdech, a następnie jednym ciągiem zdmuchuję wszystkie świeczki. Wszystkie czterdzieści niesamowitych lat mojego życia.


3
wieczorekpaulina@yahoo.com

- Kochanie wróciłem! - słyszę wołanie mojego męża, gdy wchodzi do domu. Ach uwielbiam jego głos! Nieprzerwanie od 10 lat. Wciąż daje mi szczęście, wciąż daje mi poczucie bezpieczeństwa. Gdy go słyszę moje serce zalewa fala miłości, moje oczy iskrzą, a w brzuchu czuję motyle. Chociaż... może to nie motyle, a nasze maleństwo? Już ma 4 miesiące! Nie możemy się doczekać, aż je przytulimy, dotkniemy, pocałujemy!


- Proszę kochanie, to dla Ciebie - mówi Noah wręczając mi ogromny kosz róż. Nie jestem zaskoczona - wiedziałam, że jakoś uczci ten dzień, To 18 lipca, 10 lat temu uciekliśmy z domu dziecka. To wtedy nasze życie się zmieniło. To wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy nadzieję i wykorzystaliśmy ją w 100%. Ciężko pracowaliśmy na to, co mamy teraz. Na początku paraliśmy się pracą fizyczną, ucząc się zaocznie. Potem powoli trafiały nam się prace w wyuczonym zawodzie, by w końcu rozpocząć kariery. 
Nie było łatwo, ale było szczęśliwie. Mieliśmy siebie, zawsze mieliśmy dach nad głową, jedzenie i bezpieczeństwo. Owszem bywały stresy, ale jednak los nam sprzyjał. Karma wróciła. Było tragicznie, a jest dobrze.
Jedyne, czego potrzebuję do pełni szczęścia, to by moje maleństwo było zdrowe. Gdy tak się stanie, będę kobietą spełnioną. Przed ciążą już nią byłam, ale wiadomo - priorytety się zmieniają. Teraz najważniejsze jest dla mnie moje potomstwo.
Bo ja w przeciwieństwie do mojej matki, mam zamiar zapewnić mu o wiele więcej, niż tylko imię. Będę o nie dbać, troszczyć się, zabiegać, rozpieszczać, będzie moim oczkiem w głowie. Nigdy nie dopuszczę, by stała mu się krzywda, a każdą łzę zasypię milionem pocałunków i uśmiechów.
Matczyna miłośc jest najważniejsza. Gdy jej zabraknie dziecko ma już na zawsze wyrwę w sercu. Jak ja. Ale mam nadzieję, że narodziny Amelii ją załatają. Że miłość moja do córki, zastąpi mi brak miłości mojej matki do mnie. Wierzę w to święcie. Bo ta miłość, to jedyne, czego mi na dzień dzisiejszy brakuje. Na wszystko inne zapracowaliśmy wraz z Noah.
Ach, Noah... Będzie wspaniałym ojcem! Juz to widzę. Kochanym, cierpliwym, statecznym. Ojcem, jakiego sam nie miał, a o jakim marzył.
Będziemy piękną i PEŁNĄ rodziną. Wiem to.



4
monikase80@gmail.com


– A ten twój Noah nie ma przypadkiem brata? - Emily kładzie się koło mnie na łóżku. Zastanawiam się jak wiele wie o naszej przeszłości i czy zdaje sobie sprawę z lekkiego zakłucia jakie mi sprawiła zadając to pytanie.
– A właściwie to przypadkiem ma. Myślałam, że ci mówiłam. Michael. Już cię nawet zareklamowaliśmy. Spodoba ci się, zobaczysz. Podobno jest bardzo przystojny. Noah mówi, że spośród nich dwóch Michael zawsze był...
– Playboyem – Emily wyzywająco mruży oczy.
– Coś w tym rodzaju. Zawsze to on się podobał dziewczynom, to jego bardziej lubili wszyscy, bezkonkurencyjny na wszystkich imprezach. Chociaż ja też opowiadałam, że ty jesteś ładna, inteligentna, także się nie zdziwię, jeśli ta opowieść o idealnym Michaelu to ściema.
– Świnia.
Leżymy przez chwilę w ciszy. Jest sobota, koło południa.
– Która przyniesie wodę?
– Nie ma mowy, ja przed chwilą tu do ciebie doczłapałam. Ty byś się coś ruszyła, leniu.
– Nie dam rady, póki się nie napije.
– Jak dla mnie możemy tak zalegać nawet do... - przerywa jej pukanie do drzwi.
– Wejść – krzyczymy.
Przez uchylone drzwi wsuwa się głowa Noah. Patrzy na nas znacząco:
– Nie przeszkadzam?
– Jeśli masz cokolwiek do picia, to możesz nawet z nami zamieszkać – odpowiada Emily swoim teatralnie najbardziej umęczonym głosem.
– Czyli nie przeszkadzam.
Wchodzi do pokoju i rzuca butelkę wody mineralnej na łóżko, a każdej z nas wręcza puszkę z energetykiem.
– Mówiłam ci już, że jesteś bogiem? - łapię go za rękę i ciągnę do siebie.
– Hmmm... Zdecydowanie za rzadko - całuje mnie na powitanie i siada obok.
Nie przyzwyczaiłam się jeszcze do tej bliskości. Każdy jego pocałunek jest dla mnie czymś nowym, każdy dotyk wywołuje „motyle”. Dopiero się poznajemy. To dziwne jak szybko oswajamy się z drugim człowiekiem. Kiedy zaciera się ta granica i to, co wywoływało na początku tak silne emocje, staje się codziennością?
– No dobra, tłumaczcie się, co tu się działo? - Noah spogląda to na mnie to na Emily.
Przybieram minę niewiniątka:
– Ja nic nie wiem! Obudziłam się dzisiaj rano i ona tu była. Dopiero przed chwilą udało mi się posprzątać bieliznę porozrzucaną dookoła łóżka, te wszystkie pejcze i inne zabaweczki...
– Nie słuchaj tej oszustki, przecież widzisz, że kłamie jak z nut. Ten cały bajzel posprzątałam ja – po tych słowach Emily odstawia opróżnioną puszkę i wstaje – gołąbeczki, to ja was tutaj zostawiam. Błagam, dopóki nie zasnę, nie róbcie nic z tych rzeczy, które ja bym robiła na waszym miejscu. Koło 16 wracam do żywych.
– Spadaj, spadaj... Masz się ładnie wyspać, a wieczorem podziałamy coś w sprawie twojego życia uczuciowo – erotycznego.
– O moje życie erotyczne, to wy się nie martwcie, a tego uczuciowego, to nawet nie skomentuję - Emily znika w swoim pokoju.
Noah uśmiecha się do mnie.
– Wyspałaś się?
– A jak wyglądam?
– Jakbyś ostro imprezowała całą noc i marzyła o kilku godzinach drzemki.
– Nie uczyli cię, że na początku związku nadmierna szczerość nie jest wskazana? - ze śmiechem przykrywam głowę poduszką, ale Noah ją ściąga, mocno mnie całuje..
– Jeszcze nie zasnęłam – słychać głos z sąsiedniego pokoju.
– Fuck! Następnym razem przyniosę jej melisę!
Zrezygnowany wsuwa się pod kołdrę obok mnie. Obracam się do niego. Żadne z nas nic nie mówi. Przyglądam się jego twarzy.
– A ty jak spałeś?
– A jak wyglądam?
– Szczerze?
– Szczerze.
– Szczerze, to wyglądasz, jakbyś upił wczoraj swoją dziewczynę, a sam nie tknął nawet kropelki. Jakby tuż przed przyjściem do niej dopadła cię cała banda charakteryzatorów i jakbyś zamierzał się pastwić nad jej żałosnym stanem.
– Akurat chętnie bym się popastwił, ale obawiam się, że pewien upierdliwiec z pokoju obok może jeszcze nie spać...
– Noah – zaczynam niepewnym głosem – wydaje mi się, że w końcu żyjemy jak ludzie w naszym wieku. Chyba nam się udało. Dziękuję Ci za to.
– Cicho, nie mówmy o tamtym. Udało się – obraca mnie w swoją stronę i całuję tak, że wszystko traci znaczenie.


5
basiaszajko@gmail.com


Nie mogę się opamiętać ze szczęścia, przytulam się do Noah. Mojego wybawiciela, mojej nadziei, mojej miłości. Kocham go i chce być tylko z nim, zrobie dla niego wszystko, a on wszystko zrobi dla mnie. Prawda? Prawda Noah? Wszystko, wszystko, dla mnie, dla mnie. Wypytuje Noach o każdy szczegół, jak uciekniemy, czym, dokąd, a co jeśli będą nas szukać, a co jeśli Starucha nas powstrzyma albo jeśli nas znajdą? Na pewno nas zabiją, na pewno. Zamkną w tej piwnicy co zwykle, w tej ciemnej norze i pozwolą zdychać z głodu. Umrzemy, na pewno umrzemy z głodu w tej piwnicy, albo w drodze, uciekając. Tak czy inaczej czeka nas pewna śmierć. Boje się, nie słyszę jak Noah dodaje mi otuchy, słucham, ale nie słyszę ani słowa.

Oplatam Noah jak kobieta-bluszcz, czuję się tak jakbym stała się częścią klombu przy którym stoimy, który wypuszcza nowe to nowe pędy….Duszę swojego chłopaka… widzę, że nie może oddychać… mimo to owijam się wokół niego coraz bardziej… a on ma coraz mniej tlenu …pewnie dlatego przestałze mną rozmawiać…. Czyżby nie mógł wydać z siebie już żadnego dźwięku? „Tak, Noah, ucieknijmy, zabierz mnie stąd.” „Tak” – odpowiada Noah, ale nie satysfakcjonuje mnie to, bo chciałabym dotrzeć z moimi pędami jeszcze dalej - kontrolować każdą jego myśl. Pnę się więc coraz wyżej do jego głowy i myśli, zaglądam głęboko w oczy próbując w nich wyczytać to, co dzieje się w jego sercu. Czy Noah naprawdę chce uciec? Z jakich pobudek to robi? Może sam chce uciec z bidula, ale brakuje mu odwagi a ja mam być jedynie tym wyzwalaczem. Nie widzę w jego oczach odpowiedzi i nie czuję, co on myśli… Może to znaczy, że powinnam jeszcze ciaśniej go opleść sobą…?

Wtedy wytrzeszczy oczy, staną się one jeszcze większe i na pewno zobaczę w nich odpowiedź na moje pytania. Może powinnam zupełnie go zarosnąć? Tak, aby nie widział już świata poza mną, aby był tylko mój? Wniknę w każdą szczelinę jego umysłu…. Ciekawe czy bluszcz czuje się jak ‘u siebie’ w miejscu, które obrasta? Ja się nie czuję jak u siebie oplatając Noah. A przecież sam mnie tu posadził, pielęgnował, pozwolił mi rosnąć, rozkwitać…Bluszcz uprawia się w celach dekoracyjnych… Czy to jedyny powód, dla którego się tu znalazłam. Jeżeli tak, to dlaczego od pewnego czasu mnie nie przycina i pozwala mi dziko i swobodnie rosnąć i zacieniać wszystko dookoła? Odpowiedzialność za bluszcz to taka sama odpowiedzialność, jak ta za kwiatki doniczkowe, pieska, czy kotka… Skoro mnie wziął, to dlaczego teraz o mnie nie dba? Dlaczego pozwala, żeby Starucha mnie gnębiła, dlaczego trwało to tak długo i dopiero dziś mówi, że chce uciec, zabrać mnie czyli bluszcz i uciec. No i zasadnicze pytanie. Czy bluszcz można przesadzać, może jestem skazana na to, żeby wić się tylko w tych wilgotnych brudnych salach sierocińca do końca życia. Może tu jest moje miejsce, mój habitat, moje środowisko. Co będzie gdy uciekniemy? Czy sam Noah wystarczy aby utrzymać mnie przy życiu? Czy będzie potrafił mnie należycie pielęgnować, dbać o mnie? Należycie pielęgnowany bluszcz kwitnie, pachnie i przynosi dający wytchnienie cień. Pozostawiony sam sobie dziczeje lub usycha…


6
juzekguzek@yahoo.com

Szarość za oknem, szarość w moim sercu. Minęły już dwa lata odkąd zdecydowaliśmy się z Noah na ucieczkę, a ja zaczynam się godzić z myślą, że przez całe życie będę czuć się jak więzień. Dziś osiągam wiek pełnoletni. Powinnam świętować, bawić się wraz ze swoimi przyjaciółmi, bliskimi i rodziną. Wiecie skąd to wiem? Z filmów i z książek. Tylko, że moje życie nijak ich nie przypomina, a o hucznej osiemnastce rodem z radosnych komedii dla nastolatek mogę tylko pomarzyć. 

Opisać Wam jak będzie wyglądał mój wielki dzień, dzień wkraczania w dorosłość? Za pół godziny jak co dzień skończy się moja chwila porannego „błogiego lenistwa” – jedyny moment dnia, jaki mam dla siebie. Będę musiała iść do pracy. Pierwsze kilka godzin dnia spędzę zmywając naczynia w hinduskiej restauracji, w której na pewno jesteście stałymi bywalcami. Z uśmiechem będę znosić upokarzające uwagi rzucane w moim kierunku przez szefa. Przywykłam już do tego, że to ja ponoszę winę za wszelkie przejawy dyskryminacji obcokrajowców. To przecież przeze mnie wybita została szyba w restauracji i na pewno również z mojej winy na drzwiach wejściowych pojawiły się obraźliwe napisy. 

Po pracy na zmywaku, muszę pędzić do kumpli Noah. Od kilku miesięcy pracuję u nich jako gosposia od wszystkiego. W praktyce oznacza to, że wykonuję za nich zakupy, sprzątam , gotuję obiady i toleruję dotyk spoconych rąk pod bluzką lub na moich pośladkach. Nie do końca rozumiem, na czym polega ten układ, robię to wszystko na prośbę Noah. Wielokrotnie słyszałam, że „chociaż tyle możemy zrobić dla nich za to wszystko”. Nie wiem, czym jest „to wszystko” i co właściwie im zawdzięczamy, ale nauczyłam się, żeby nie zadawać zbyt wielu pytań. Wiem, że nie skończyłoby się to dla mnie dobrze. Odkąd Noah stracił pracę stał się niesamowicie drażliwy. Wszystko wywołuje w nim agresję, szczególnie jeśli jest to coś związanego ze mną. Schodzę mu z drogi jak tylko mogę, żeby uniknąć ataków furii, nie zawsze jednak jest to zależne ode mnie.
Koło 20 wrócę do domu. Będę musiała przygotować obiad dla Noah. Nie wiem, o której wróci, ale wiem jak bardzo nie znosi, kiedy nie czeka na niego ciepły posiłek. Dlatego nie będę mogła pójść spać, dopóki nie przyjdzie. Regularnie, co 25minut będę musiała nastawiać gaz, żeby podgrzać kolację. I tak w kółko do momentu, gdy nie usłyszę klucza w drzwiach.
Dziś pewnie Noah wróci koło północy, a przynajmniej w ostatnich dniach jego powroty wykazywały taką regularność. Ja jak zwykle nie spytam, co robił cały dzień. Wysłucham jego smutnej historii o trudnościach na rynku pracy i jego ciężkich staraniach, żeby nasze życie układało się jak najlepiej. Jednocześnie będę próbowała zignorować smród whisky wyczuwalny w jego oddechu i ślady paznokci i zębów ponad kołnierzem koszuli, którą dziś rano kazał sobie wyprasować. Mogę się założyć, że nawet nie pamięta o moim święcie. Kosz kwiatów, czekoladki z życzeniami czy nawet głupia kartka urodzinowa to rekwizyty nie z mojej bajki.
Kiedy dziś podsumowuje moje osiemnastoletnie życie, zastanawiam się czy wybory, jakich dokonujemy naprawdę są w stanie wpływać na nasz los. Zaczynam sądzić, że jednak rodzimy się kimś, kim dane nam będzie już pozostać na zawsze. Nieważne, jakie podejmiemy kroki, żeby coś zmienić i tak na koniec lądujemy w tym samym miejscu. Zmieniają się tylko twarze osób wkoło nas, ale nie zmienia się nasza rola w scenariuszu. Może moja mama zapoczątkowała tą spiralę, a może po prostu wyczuła, jaki los jest mi pisany? Tego nie wiem. Nie ma sensu już się nad tym zastanawiać, nie ma sensu stawiać oporu. Gdziekolwiek nie pójdę, czego nie zrobię i tak trafię na postać „Staruchy” pod przykrywką Noah, jego kolegów czy pracodawcy. Czas się z tym pogodzić.
Wszystkiego najlepszego dla mnie.


7
brakloginu01@gmail.com


Po chwili jednak otrząsam się i spoglądam na niego z powątpiewaniem. W ciemnościach nie mógł dostrzec, strachu, który pojawił się w moich oczach.

-Znajdą nas. - szepnęłam cicho.

-Nie bój się, jestem tu. - wziął moje lodowate dłonie w swoje i zaczął je pocierać. - Damy radę, zawsze dawaliśmy.
-Jak długo? - Mój głos zaczął drżeć. - Jak długo mamy żyć w ukryciu? Nie przestaną nas szukać, nie ważne gdzie byśmy się nie ukryli.
-Zawsze jest nadzieja. - W ciemnościach dostrzegłam błysk w jego oczach, który dodał mi odwagi. - Idziemy? - zapytał, jednak usłyszałam niepewność w jego głosie.
-Chodźmy.- powiedziałam stanowczo, rozwiewając tym samym, wszystkie jego wątpliwości.
Jak się okazało Noah planował ucieczkę już od dłuższego czasu. Opracował szczegółową trasę, która lawirowała między budynkami, omijając przy tym straże, a która prowadziła do mostu łączącego przytułek z lasem. Noah przyznał się, że od kilku dni nocami obserwował Staruchy pilnujące drzwi. Kroczyliśmy w ciemnościach, z każdą chwilą zbliżając się do wolności. Wtem nagle Noah zatrzymał się, a ja wpadłam mu na plecy. 
-Ciiiii...- syknął niemal niesłyszalnie.
-Co do...?- w moim głosie dało się słyszeć nutkę zniecierpliwienia.
-Ciiii... Popatrz.- Przyciągnął mnie do siebie, a głową wskazał dwie postacie, ukryte w cieniu przy drzwiach.
Dwa, zgarbione cienie, które zapewne były Staruchami, stały około dziesięciu metrów od nas. Z tej odległości nie mogliśmy usłyszeć ich rozmowy, wydawały się być jednak bardzo przejęte.
-Co robimy? - zapytałam z przestrachem.
-Idziemy. - Szepnął mi Noah do ucha.
Od razu zrozumiałam co miał na myśli. Natomiast postacie wydawały się tak zaabsorbowane własną rozmową, że najprawdopodobniej nas nie zauważą, przynajmniej taką mieliśmy nadzieję.
Zaczęliśmy ostrożnie przesuwać się w stronę ogrodzenia, które otaczało całą placówkę. Idąc wzdłuż niego w ciągu pięciu minut bylibyśmy już na moście. Posuwaliśmy się jednak ostrożnie i z rozwagą. Byliśmy już prawie przy moście, gdy księżyc wyszedł zza chmur oświetlając nas swym blaskiem. Wtedy właśnie rozległ się przeraźliwy krzyk.
-Mara biegnij!!! No już!!!- Zaczął mnie pchać w stronę mostu, zaczęłam się opierać, jednak już złapał mnie za rękę i zerwaliśmy się do biegu. Nie było odwrotu. Postacie zaczęły sunąć w naszą stronę, w świetle księżyca dostrzegłam ich czarne szaty, które zdawały się nie dotykać ziemi. Szybko zaczęły nas doganiać. Dobiegaliśmy już do mostu, gdy Noah puścił mnie i krzyknął. - Skacz!!! Mara, skacz!- Nie miałam chwili na zastanowienie, moje ciało reagowało za mnie. Wspięłam się na murek, ostatni raz oglądając się za Noahem, który był tuż za mną. Widziałam strach w jego oczach i wiedziałam, że to ostatni raz. Uśmiechnęłam się i skoczyłam. Lodowata woda zamknęła się nad moją głową, doznałam wstrząsu, umierałam. Byłam zawieszona gdzieś „pomiędzy”, czułam na przemian zimno i ciepło, zmieniałam się. Gdy następnego ranka obudziłam się nad brzegiem rzeki byłam sama, nie wiedziałam, gdzie jestem, wiedziałam jednak, że tej nocy straciłam wszystko, że nic już nie będzie takie samo.
Tej nocy umarła Mara. Wiecznie przestraszona, mała dziewczynka, która bała się walczyć o swoje, która bała się tego kim może się stać i co może zrobić. Tamta Mara przepadła, utonęła. Narodziła się nowa, powstała jak feniks z popiołów, które najpierw ją strawiły i pozostawiły na pastwę losu. Była jednak silniejsza, a do tej straszliwej nocy nie zdawała sobie sprawy jak bardzo, jak wiele umiała, do czego była zdolna.
Minęły dwa lata. Miałam dużo czasu, by kształtować i doskonalić moje zdolności, by obmyślić plan, który da mojej duszy spokój, który pomści to co zostało mi odebrane. Stoję przed drzwiami przytułku, którego nienawidziłam przez szesnaście lat. Przed drzwiami budynku w którym zostały pogrzebane wszystkie moje marzenia, jednak nareszcie wróciłam. Wróciłam wymierzyć sprawiedliwość i wiem, że zemsta będzie miała gorzki smak, bo dla mnie nigdy nie mogłaby być inna. Wzięłam głęboki oddech i pchnęłam drzwi.


8
katarzyna_gnacikowska@o2.pl


 Jak to uciekamy? Nie możemy!. Wiesz, że ta stara krowa nigdy nam nie odpuści.

- Mara. Przestań teraz wymyślać. Musimy uciekać, bo nic sie nigdy nie zmieni. Ona nie da nam żyć. Zresztą co to jest za życie? Uciekamy i to już.

Chwyta mnie za rękę i ruszamy w stronę drogi.
To jest nasz czas. To jest nasze miejsce.
- Zobaczysz, ze wszystko będzie dobrze - mówi - nie musisz się o nic martwić kochana. Od teraz będziemy tylko ja, ty i nasza przyszłość. Powstaniemy we dwójkę jak feniks z popiołów. A teraz nie marudź i idziemy!
Docieramy na dworzec i patrzę na mapę 
- Gdzie chcesz jechać - pyta N
- Nie wiem, gdziekolwiek, byle razem
- Zamknij oczy i wskaż punkt - uśmiecha sie pod nosem.
Na chwilę zamieram, zamykam oczy i celuje palcem. Czuje jakieś niewidzialne przyciąganie w jednym kierunku. Jakby to było przeznaczenie. Jakby to był nasz cel. Dotykam, otwieram oczy i już znam już cel naszego dalszego życia. Już wiem gdzie jedziemy. Patrzę na Noah, a on też się uśmiecha.
- Przynajmniej będziemy mieć ciepło :)



Trzy miesiące później.

- Łap!
Odwracam się szybko i łapie lecącą w moją stronę piłkę.
- Dobry chwyt mała!
- Dzięki Jace! - odkrzykuję i biegnę z powrotem do moich znajomych.
Kiedy podbiegam dostaje wielką puszkę mrożonej herbaty i zawadiacki uśmiech Noah.
- I jak tam przybłędy? - Erin uśmiecha się do nas serdecznie
- Całkiem nieźle zasiedleńcu - odpyskuje i wystawiam język
- Patrzcie jaka odważna. A jak przyjechała była taka miła
To prawda. Po szalonej ucieczce od Staruchy, obraliśmy wyznaczony dla nas cel. Cel, który miał nas uratować, przemienić. Pomóc odnaleźć siebie. Celem była Daytona. Po tym jak przybyliśmy byliśmy totalnie zagubieni. Totalnie inny klimat, totalnie inne miasto, totalnie inne wszystko. Głód zaprowadził nas do baru u Wendy i tam poznaliśmy Erin, która od razu zagadała nas na śmierć. Tak po prostu. Bez żadnego gadania z mojej strony znalazłam przyjaciółkę. Załatwiła Noah pracę w barze, a mi w sklepie przy plaży. Znaleźliśmy wspólne mieszkanie i.... Wszystko zaczęło się układać. Zaczęłam się inaczej ubierać - sami wiecie, taki klimat- rozjaśniłam włosy. Oczywiście Erin mi pomogła. Zaczęłam się śmiać. Tak, ja!! Też w to nie wierze. Okazało się, że jestem też bardzo pyskata jak chcę :) Noah dwa tygodnie temu nazwał Daytonę naszym domem i miejscem na ziemi. Poznaliśmy naszą nową rodzinę z wyboru, której się nie pozbędziemy. Jest Erin, Jace, Pao, Mia, Mat, Selena, Jason i Marina. Wszyscy mieszkamy w jednym budynku i staramy się rozwijać swoje życie. Przyjęli nas jak swoich i zmienili nasze życie. Nie wiem co byśmy zrobili jakby stało się inaczej. Jakby podtoczyła się nasz droga.... Jednak najważniejsze jest to, że stało się coś co sobie obiecywaliśmy z N w autokarze wiozącym nas do celu. Przemiana. Zmienimy swoje życie. Znajdziemy swoje miejsce na Świecie i tak się stało. 
- Patrzcie jaka zamyślona. Ktoś by pomyślał, ze ma mózg :P - Erin rzuca w e mnie paczką chipsów
- Podobno wyparowanie mózgu wydarza się kiedy ktoś koło ciebie za długo przebywa
- Świnia
- Flądra
Rzucam się na nią i obie zaczynamy się śmiać. Potem siadam przed Noah, który obejmuje mnie ramionami.
- Jak tam mała się masz?
- Dobrze. Nawet lepiej niż dobrze
- Mówiłem Ci
- Co mi mówiłeś?
- Znajdziemy swoje miejsce, które Cię przemieni w osobę, którą miałaś być od samego początku i tak się stało. Musisz mnie mała ciągle słuchać
- Cwaniaczek. Przystojny i pewny siebie. A teraz nie guzdraj się tylko do roboty.... To co ekipa, gdzie to ognisko?!
Tak. Jeśli to nie jest raj, to nie wiem gdzie on jest. Wydaje mi się, że najlepsza przemiana nastąpiła w moim wnętrzu. Wierzę. Ja wierzę!! I to jest dopiero dziwne....



9
tymekburkiel@gmail.com

Minęły 2 lata odkąd uciekliśmy z Noah z sierocińca i nic się nie zmieniło. Moje nadzieje, radość trwały krótko, bardzo szybko moje życie wróciło do normy. ZNów byłam poniżana, bita i trzymana w ciemności. Dlaczego tak jest, że historia lubi się powtarzać? Łatwizna? Siła nawyku? Przyzwyczajenie? ‘Prawo karmy’? Dlaczego Noah tak mnie traktuje? Dlaczego nie widziałam, że on jest taki sam jak Starucha. Jak się z tego uwolić? Prawo karmy mówi o tym, że dopóki nie zmienimy się, dopóki nie zajdzie w nas przemiana, spotykać nas będą ciągle te same rozczarowania i problemy. Szukam pomocy, chce być z Noah ale nie chce czuć się tak jakbym nadal była w tym samym sierocińcu. Dużo czytam, próbuję się zmienić, próbuje zmienić swoją karmę!!!

Dziś czytałam o działaniu “karmicznym”. Jest to działanie, które pociąga za sobą skutki kształtujące nasz charakter, wpływając na nasze skłonności a tym samym nadziałania i reakcje. Według niego charakter to nic innego jak skłonność naszej woli ukształtowana przez powtarzające się działania. Każdy świadomiepopełniony czyn pozostawia po sobie podświadomy ślad. Podobnie, jak w przypadku wydeptanej ścieżki. Gdziekolwiek istnieje taka ścieżka, którąprzeszło się choćby jeden raz, tam, w podobnych okolicznościach, jak się okazuje, kierujemy się ku niej spontanicznie. To prawo działania i reakcji, które zwie się karmą. Jest to prawo ruchu w kierunku najmniejszego oporu, tzn. wydeptanej, a tym samym dogodniejszej ścieżki. Czyli wszystko, co się nam przydarza, ludzie sytuacje, są przez nas mniej lub bardziej świadomie „wybierane”. Mogą być konsekwencją wyboru, którego kiedyś nieświadomi niczego dokonaliśmy, wyboru takiej a nie innej, przypadkowej, ścieżki. Podobno prawo karmy jest odwracalne, można „znaleźć” nową karmę. Jednak najpierw trzeba spostrzec swoja karmę, a następnie ją przekroczyć. To bardzo trudne i wymaga świadomej praktyki, świadomych wyborów. Ale gdyby tak wydeptać nową ścieżkę? Włożyć świadomy wysiłek w znalezienie nowej drogi? Nowego nawyku? Nowego stylu reagowania? Może spróbować w chwili smutku i żalu nie zamknąć się w sobie i płakać, ale podzielić się z Noah swoimi uczuciami, powiedzieć mu jak się czuję. Nie, tego już próbowałam, skończyło się zamknięciem mnie w komórce. Muszę uciec, tak jak zrobiliśmy to lata temu z Noah, ale tym razem muszę to zrobić sama. A może moja karma to wieczne uciekanie i na przekór powinnam zostać i wytrzymać, pracować nad związkiem. Nie wiem, karmo pomóż. Karmo wróć. Gdyby przestać bać się o jutro, porzucić lęki i zaufać losowi, myśląc, że wszystko, co mi się przydarza jest dobre, nawet, gdy jest trudne? 


10
kajkamik007@gmail.com
Przez kilka sekund nie mogę dojść do siebie. Zaskoczenie paraliżuje całe moje ciało. W końcu udaje mi się zebrać myśli. W mojej głowie pojawia się szereg pytań i wątpliwości. Staram się uspokoić.

- Noah, dokąd? Nie mamy nikogo za tym ogrodzeniem. Nie mamy żadnych krewnych, u których moglibyśmy się zatrzymać, żadnej rodziny, która nam pomoże. Nie znamy TAM nikogo.

- Wiem, maleńka, wiem. Po prostu nie mogę już patrzeć na to jak bardzo jesteś nieszczęśliwa. Oboje jesteśmy. Tutaj już próbowaliśmy przez wiele lat, bez żadnych rezultatów, a skoro nie wyszło, to może pora to zmienić. Nawet jeśli to ryzykowne i nieznane. Czy możesz po prostu mi zaufać? Mamy niewiele czasu.
Patrzę na niego, na tę znaną mi twarz, którą tak bardzo kocham i wiem, że już podjęłam decyzję. Noah jest jedynym bliskim mi człowiekiem na świecie. Poszłabym za nim na koniec świata, gdyby mnie o to poprosił. A do tego muszę przyznać mu rację, jestem cholernie nieszczęśliwa i jeśli da się to zmienić, to powinniśmy spróbować. Przyzwyczailiśmy się do swojego losu, ale może pisane nam jest coś więcej.

- Dobrze, chodźmy. Masz jakiś plan? – pytam, chociaż znam odpowiedź.

- Jeszcze nie – mówi i uśmiecha się rozczulająco.
Odwzajemniam ten uśmiech i wbrew wszelkiemu rozsądkowi zaczynam się cieszyć. Myślę o tym jak wiele ryzykujemy, jak mało wiemy o tym, co może nas spotkać, ale zamiast strachu ogarnia mnie coraz większa ekscytacja. Łapię Noah za rękę. Ten drobny gest tak wiele dla mnie znaczy. Po raz pierwszy czuję, że należymy do siebie. To, co nas łączy przestało być zakazane. W kilka minut staliśmy się dwójką dorosłych ludzi, którym wolno decydować o swoim życiu, dokonywać wyborów! Od teraz to my odpowiadamy za siebie.
- Mara, Mara, słyszysz mnie? – głos Noah wyrywa mnie z moich rozmyślań – wskakuj!
Przed nami zatrzymuje się autobus. Wsiadamy i wygodnie rozsiadamy się na krzesełkach, jakbyśmy byli po prostu zwykłymi pasażerami, a nie parą nieletnich uciekinierów, których życie właśnie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Nasze spojrzenia się krzyżują. Na twarzy Noah widzę nieznany mi dotąd wyraz. Jakby zeszło z niego całe napięcie, które musiało gdzieś w nim tkwić od zawsze. Przesiadam się obok niego i kładę mu głowę na ramieniu. Głęboko zaciągam się jego zapachem.
- Dokąd teraz? Wiesz? – pytam.
- Dokąd zechcemy. Obserwuj okolicę. Jak nam się spodoba, to wysiądziemy.
- Myślisz, że nikt nie będzie nas szukał?
Noah śmieje się z goryczą:
- Mara, nikt o nas nie dba. To trochę smutne, ale w tym wypadku to nam sprzyja. Nie gramy w jakimś pieprzonym filmie, żeby mieli za nami posłać stado psów gończych i przystojnego policjanta.
I chociaż kiwam głową przyznając mu rację, to w głębi duszy czuję się jak bohaterka filmu. Czuję, jakbym właśnie odgrywała najważniejszą rolę w swoim życiu, jakbym przemieniała się w nową Marę. Marę – kobietę. Marę – superbohaterkę. 
- Kocham Cię, skarbie – mówi Noah drżącym głosem. Widzę jak wiele to dla niego znaczy. Dla mnie również. Pierwszy raz w życiu słyszę te słowa skierowane do mnie, a po moim ciele rozpływa się nieznane dotąd mi ciepło. Momentalnie podejmuję decyzję.
- To tutaj – krzyczę, łapiąc Noah za rękę, a z moich ust wydobywa się głośny i szczery śmiech – szybko, wysiadajmy, to tutaj. 
Drzwi autobusu otwierają się, a my połączeni splecionymi dłońmi, wspólną historią i przed chwilą dokonanym wyznaniem, wychodzimy naprzeciw naszemu nowemu życiu.