JUICY


Wiosnę rozpoczynam kolorowo - przynajmniej pod względem modowym. Jednak wiem, że przez następne miesiące i tak będzie królowała u mnie czerń, gdyż większość kolorowych ubrań nie pasuje mi krojem. A jak pasuje krój, to kolor jest wyblakły, niby pastelowy, ogólnie "nie taki" jak sobie wyśniłam. 

Pomimo, że od jakiegoś czasu mało piszę na Instagramie (oraz blogu) w kwestiach aktualnych i nadchodzących trendów, mody i stylu, to nie próżnowałam w tych tematach i szukałam jak najciekawszych propozycji. Najchętniej od polskich marek. Albo chociaż nie z Zary, bo to przecież najłatwiejszy wybór.

I co? Poległam. Polskie marki modowe ewidentnie zmagają się z pandemiczną rzeczywistością, bo ich kolekcje głównie opierają się na dresach, ewentualnie sukienkach "workach". Jeśli jakaś marka ma interesującą kolekcję, to ceny są zaporowe. Zostały mi więc opcje typu Zalando, Answear i oczywiście sieciówki. W pewnym momencie byłam w tak dużej modowej desperacji, że przejrzałam ponad 15 000 sukienek na Zalando. Serio. Nie znalazłam ani jednej, która by chociaż zadowoliła. O zachwycie nie było mowy.

Jedyną akceptowalną opcją została Zara. Tak bardzo chciałam pokazać coś "wow", odkryć nowe modowe lądy, a zostałam ze "starą, dobrą Zarą", która jak się okazało nie jest wcale taka dobra. Najciekawsze projekty kosztują dużo za dużo jak na jakość i wykonanie sieciówki. Niektóre z nich są do tego okropnie skrojone lub stworzone typowo dla kobiety o figurze modelki. Czyli nie dla mnie. Nie zliczę ile ubrań zwróciłam. Do tego zawsze zamawiałam trzy rozmiary z jednego produktu, bo rozmiarówka jest nieprzewidywalna. Raz dobre jest L, a raz XS. Serio. Mam jedną spódnicę w rozmiarze L, a drugą, o dość podobnym kroju  XS. Przecież to jest obłęd. Ale skoro nie chcę płacić za spódnice po 1000 zł, to muszę liczyć się z tymi "utrudnieniami".

Tu przechodzę do zagadnienia na czasie, czyli zrównoważona moda. Mamy stawiać na ubrania lokalnych producentów, z dobrych tkanin, wykonanych przez polskich pracowników. Spoko, chętnie, jeśli lokalni producenci będą mieli projekty za które chce się zapłacić te kilka stów. Ale z całym szacunkiem - nie zapłacę za bezkształtną kieckę z poliestru lub mieszkanki wiskozy między 300 a 1000 zł. Bo mniej więcej takie są ceny polskich marek. Chciał nie chciał - jak nie ma się milionów, to pozostają sieciówki. Zwłaszcza, gdy dajemy się skusić aktualnemu trendowi i wiemy, że nie kupujemy czegoś na lata i że za sezon lub dwa, może nam się to znudzić. Moda to też zachcianki i chyba każda z nas czasem daje się ponieść fantazji i kupić coś "na chwilę", bo aktualnie ma na to ochotę. Nie ma w tym nic złego, ja daję takim rzeczom "drugie życie" sprzedając na Vinted czy oddając potrzebującym. Teraz wiele moich ubrań, których nie noszę, dostała moja Córka, bo jest już nastolatką i są dla niej dobre. I rzeczywiście w nich chodzi, podobają jej się. Ubrania wyrzucam tylko wtedy, gdy są zniszczone. 

Wracając do marek polskich i zmierzając do meritum, czyli pierwszej wiosennej stylizacji sezonu 2021 - o ile w kwestii odzieży jest niezbyt ciekawie na polskim rynku, to dodatki, galanterię i obuwie mamy na naprawdę wysokim poziomie. Jest kilka marek, które wprost uwielbiam i które nigdy mnie nie rozczarowują. I których produkty mogę śmiało kupić, bo wiem, że są warte każdego grosza. 

Taką marką jest LOBOS, o której już wielokrotnie wspominałam. Tworzą nietuzinkowe torebki z najwyższej jakości włoskich skór i materiałów. Zachwycają jakością, fasonami, kolorami, detalami. Projekty LOBOS są naprawdę niepowtarzalne. Przyznam, że torebki o takim odcieniu kobaltu nie widziałam nigdzie indziej. A do tego ta zjawiskowa ozdobna klamra przy rączce, zapięcie z tłoczonej skóry i detal w postaci rysunku wykonanego przez Annę Halarewicz. Również wnętrze torebki wykonane jest z materiału zdobionego ilustracją Anny! Dla mnie ta torebka to "mobilne" dzieło sztuki. Cudowność!

Całą resztę stroju dobierałam do niej. Ona była bazą, głównym elementem, a reszta miała stanowić tylko tło podkreślające jej piękno. Wiedziałam, że postawię na pomarańcz, żeby podbić jej kolor. Wyzwaniem było oczywiście znalezienie interesującej odzieży w tym kolorze. Wymarzyłam sobie pudełkową mini w stylu lat 60. Nie wyszło. Mam za to midi dość luźno nawiązującą do wczesnych lat 70. I też mi się podoba! Sznytu lat 70 dodałam makijażem zainspirowanym pokazem Versace. Finalnie jestem zadowolona z takiego otwarcia sezonu i mam nadzieję, że Wam również spodoba się ta soczysta propozycja. Która wbrew pozorom jest bardzo prosta - składa się w końcu tylko z sukienki, torebki, butów i łatwego do wykonania makijażu. 


torebka - LOBOS

sukienka - Zara

buty - L37